Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

Znasz to?

Ha!
Ponad 2 lata od ostatniego postu. Zgadnij, jakie mam efekty. Co zrobiłam. Dokąd dotarłam. Ile schudłam.

Wiadomo. NIC. Temat porzucony, blog porzucony.
Sama kwestia doprowadzenia się do porządku powstawała z popiołów jeszcze kilka razy w tym czasie. Była siłownia, był basen, była karta multisport. Było minus 6 kg i było "wow" wśród znajomych.

I potem znowu, a nawet gorzej. Brak czasu, brak możliwości, nadmiar wymówek.
I oto z pochyloną jak w środę popielcową głową powracam, by dać świadectwo procesowi.

Są chęci, są metody, są środki, jest czas, jest ktoś, kto pomoże, i komu pomogę ja.

Założenie jak ostatnio: rozpędzić metabolizm i nie dać się organizmowi zorientować, że wyczerpujemy jego skrzętnie odłożone to tu to tam (wszędzie właściwie) zapasy. Jeść dużo, zdrowo. Przy okazji reperować tarczycę (jedzeniem, nie hormonem), bo się wkrótce przyda. Trenować, trenować, trenować. Wytrwać.

środa, 19 stycznia 2011

Zażywam


Chyba wszystko jest na dobrej drodze. Po tygodniu moja wszystkomająca waga pokazała spadek tkanki tłuszczowej na rzecz mięśniowej. Nieznaczny, ale cudów nie oczekujemy. Jest też 600-gramowy ubytek masy ciała. Gdyby utrzymać tempo, dałoby to ok. 2,5 kilograma miesięcznie zdrowego chudnięcia.
Zdrowego, bo niewymuszonego niejedzeniem (głodowaniem). Zdrowego, bo będącego efektem innego odżywiania i zażywania… ruchu.
Jak wspomniałam, kupiłam sobie wypasiony orbitrek, na który wsiadam rano po śniadaniu (na czczo nie można, bo spaliłabym mięśnie, zamiast tłuszczu, choć podobno są różne ploty na ten temat — ja bym się po prostu źle czuła i wolę zaufać swojemu organizmowi). Drugi raz wsiadam przed wieczorem, około 18.00, bo później — co sprawdzone — już mi się nie chce, jestem gotowa do lulania, jestem ociężała i nie mam ochoty na wysiłek fizyczny przed snem. Zaczęłam od 15 minut w trybie fat burn, ale zwiększyłam czas do 20 minut, co na tę chwilę mojemu ciału wydaje się optymalne — sprzeciwów w każdym razie brak.
Cel jest prosty: rozpędzić metabolizm i wprawić organizm w koło zamachowe wiodące równią pochyłą ku zdrowej, ładnej sylwetce i dobremu samopoczuciu.

Poza tym ćwiczenia na tej piekielnej — jak mawia luby — maszynie sprawiają mi radość i są jednym z głównych motywatorów nieludzko wczesnego wstawania.

sobota, 8 stycznia 2011

Antyanoreksja

Czytam teraz „Wyznania złej matki” i spodobało mi się jedno z jej spostrzeżeń z czasu, kiedy była w ciąży. Że ma odwrotność anoreksji — ale w sensie psychopostrzegania własnego ciała. Ze mną jest tak samo.
Podczas gdy kości anorektyka obleczone są samą skórą, a on widzi w lustrze grubasa, to ja — 45-procentowa (nie bójmy się tego) narośl tłuszczowa — postrzegam siebie jako osobę ot, ciut przy kości. Nawet nie puszystą, fuj, jak to brzmi?
Ale obiektywne wyniki nie kłamią. Obmyślam nowy plan.

niedziela, 19 września 2010

Złość i katar(sis)

Waga stoi. Zaczęły się drugie warzywa, a nic nie ubyło, cholera.
Ale nie to jest moim zmartwieniem, bo obiecałam sobie się nie martwić takimi drobiazgami. Ostatecznie na kogoś zawsze musi paść bycie wyjątkiem. Jak w firmie zmienili serwer pocztowy i kazali przekonfigurować programy, to oczywiście wszystkim zadziałało — oprócz mnie. A jak wszyscy chudną na Dukanie, to musi się znaleźć ktoś, kto nie chudnie. Mogę przecież to być ja.
A może to jednak mięśnie mi rosną, hehehe. Joga była tak czaderska, że do dziś ją czuję z tyłu ud. Czuję też wczorajszy "tenis" (czyli pierwszą lekcję odbijania forhendem i bekhendem przy murku) i czuję basen i rower, które objawiają się koszmarnym katarem, bólem gardła i jakimś zaczątkiem choróbska, na co nie mogę sobie pozwolić. Cholera jasna.