Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 września 2010

Na szybko


Na szybko, bo szybko ostatnio wszystko się dzieje. Albo po prostu dużo tego wszystkiego. Cudownie.

Katar cały czas męczy, a ja go męczę czosnkiem. Basen sobie w tym tygodniu podaruję, bo jeśli już ja choruję, to to musi być coś niezwykle poważnego i groźnego, bo zdarza mi się to raz na 2–3 lata. Ale jogi nie popuszczę. Muszę koniecznie dziś sprawdzić, co takiego robię, że potem przez tydzień bolą mnie tylne uda. Na pewno szarżuję.

Tymczasem do diety już przywykłam, inne niż dotąd obiady nie robią na mnie wrażenia, nie żałuję polanych tłuszczykiem ziemniaków ani kaszy, smażonych schabów w panierce, nawet skórki kurczaka mi nie żal. A o soli prawie już zapomniałam. Doszło do tego, że parę ziarenek niskosodowej soli w jajku na miękko moje kubki smakowe identyfikują jako „przesolone”.

No to żeby nie było za łatwo, rzuciłam jeszcze palenie.

niedziela, 19 września 2010

Złość i katar(sis)

Waga stoi. Zaczęły się drugie warzywa, a nic nie ubyło, cholera.
Ale nie to jest moim zmartwieniem, bo obiecałam sobie się nie martwić takimi drobiazgami. Ostatecznie na kogoś zawsze musi paść bycie wyjątkiem. Jak w firmie zmienili serwer pocztowy i kazali przekonfigurować programy, to oczywiście wszystkim zadziałało — oprócz mnie. A jak wszyscy chudną na Dukanie, to musi się znaleźć ktoś, kto nie chudnie. Mogę przecież to być ja.
A może to jednak mięśnie mi rosną, hehehe. Joga była tak czaderska, że do dziś ją czuję z tyłu ud. Czuję też wczorajszy "tenis" (czyli pierwszą lekcję odbijania forhendem i bekhendem przy murku) i czuję basen i rower, które objawiają się koszmarnym katarem, bólem gardła i jakimś zaczątkiem choróbska, na co nie mogę sobie pozwolić. Cholera jasna.

wtorek, 14 września 2010

Jak trenujesz, tak będziesz walczyć


Pierwsze warzywka zakończone. Waga OK — lekko w dół. Najważniejsze, że czuję się mniejsza. Przy okazji zapraszam do śledzenia moich wyników na osobnej stronie (przycisk na belce na górze). Na razie jest wykres, będą też tabele (lub coś innego, jeśli nie uda mi się ich stworzyć).

Wracam do białek. Chwilowo daję sobie spokój z jajkami i spróbuję za nimi zatęsknić (od kilku dni jeszcze nie zatęskniłam). Na śniadanie pożarłam masę łososia w wersji single, czyli bez niczego więcej. Na warzywach pożeram pomidory (zwłaszcza że niedługo się skończą polniaki), a na proteinach rzucam się na łososie, które równie namiętnie kupuję w różnych sklepach. A właściwie to we wszystkich, w których jestem.

Trochę natomiast się odsportowiłam. Basen miał przerwę techniczną, 10-dniową, drugi też. Na jogę dziś nie zdążyłam, bo musiałam zaczekać na panią ortodontkę, żeby oddać jej pracę zaliczeniową, co po prawdzie powinnam była uczynić w maju. Na następną grupę jogową nie weszłam, bo byłby śmiech na sali. Grupa zaawansowana, a ja nie mogę utrzymać równowagi w podstawowej pozycji. Hy hy.
Na kije też nie ma kiedy iść, bo się jakoś tydzień skurczył, tyle zajęć i atrakcji. Trzeba na nowo opracować grafik, a najlepiej tak, żeby robić jeszcze więcej i mieć na wszystko czas.

Tymczasem zarzucam szalony pomysł pójścia jutro zdawać egzamin, by nadrobić te zaległości. Basen + joga.

niedziela, 12 września 2010

Natomiast siódmego dnia

Łikend potoczył się tak, że ominęły mnie obiady.

I nie było to dobre.

Pominięty obiad, oprócz tego że pozbawia możliwości spróbowania czegoś pysznego (zwłaszcza w łikend, kiedy jest więcej czasu na upichcenie), przyczynia się jeszcze do ataku żarłoczności pod wieczór.
Próbując okiełznać te żądze, naszykowałam sobie talerz smakowitości: łosoś, tatar wołowy, surimi w kostkę, wędlina wołowa, wędlina drobiowa, pomidor, cebula, pietruszka. R. nie wierzył, że wszystko zjem — i nie zjadłam, bo skutecznie, systematycznie i ustawicznie mi w tym pomagał.

I było to DOBRE.