Mam dużo do napisania, ale w ogóle nie mam czasu. Nawet na fejsa nie wchodzę!
Najważniejsze: waga drgnęła, pierwszy miesiąc kończę wynikiem -3,2 kg więc po wszystkich opisanych tu perypetiach — chyba nie jest źle.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faza uderzeniowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faza uderzeniowa. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 września 2010
poniedziałek, 6 września 2010
Wariacje podniebienne
Uwaga, będzie mój pierwszy autorski przepis. Nie gwarantuję, że nikt go nigdy nie wykonał, nie wpadł na niego albo choćby pomyślał o czymś podobnym. Gwarantuję natomiast, że przyszedł mi do łepetyny sam, bez książki i bez internetu.
Nazywać będziemy to wykwintne danie jakże wyszukaną nazwą: indyk z nadzieniem. Dla bardziej wysublimowanych Czytelników i Smakoszy proponuję ewentualnie: Delikatny zawijaniec serowy z filetu indyczego.
Z grubsza można się domyślić, o co chodzi, ale na wszelki wypadek zanotuję:
Filet trzeba przekroić w taki sposób, aby uzyskać jak największą powierzchnię przy jak najcieńszej warstwie mięsa. Technika dowolna, ja mam przy tym niezły ubaw i nigdy mi ładnie nie wychodzi. Jeśli już się uda, posypujemy z obu stron przyprawami (ja: dla odmiany ostra papryka + tymianek + pieprz). Od środka (wybieramy sami, co ma być środkiem, ale sugeruję, aby była to ta część, która była przekrawana) układamy pokrojony w plasterki czosnek, tak aby zajął całą powierzchnię — proszę wcześniej przemyśleć rozłożenie.
Niektórzy wolą czosnek granulowany — proszę bardzo. Ja uwielbiam aromat pieczonego prawdziwego czosnku, a przy okazji nie znoszę zapachu i konsystencji sproszkowanego.
Resztę składników, która, jak się już domyślamy, będzie farszem, mieszamy w misce (jajo surowe). Możemy doprawić, czym nam się podoba, nie przesadzając z solą, bo łosoś jest słony wystarczająco. Ja właściwie zmełłam tylko nieco pieprzu. Otręby konieczne są do zagęszczenia tej mieszanki i sprawienia, że nie wypłynie podczas pieczenia (podaną ilość można, a nawet należy, modyfikować według potrzeb).
Uzyskawszy konsystencję pasty, rozsmarowujemy ją na indyku obłożonym czosnkiem. Nie za grubo, aby być w stanie zawinąć całość. Mnie tej pasty wystarczyło na 2 razy. Zawijamy ostrożnie. Jeśli daliśmy wystarczająco dużo otrębów, nie powinno wypływać. Co ciekawe, całość się całkiem ładnie zasklepia podczas pieczenia.
Zawijamy nasz zawijaniec w folię aluminiową i wkładamy do piecyka (zamknięciem folii do góry). Ja wkładam na około godzinę, na 180ºC, z czego na ostatnie 20 minut odchylam folię, by pozwolić się indykowi zarumienić. Za pierwszym razem byłam pełna obaw, co powstanie z tej papki wepchniętej do środka, bo straciłam zaufanie do białego sera po tym, jak zobaczyłam, co się z nim dzieje, gdy dostanie łyżkę sody. Godzina jest w sam raz. Mięso się upiecze, zarumieni, jajko zetnie i wszystko będzie na cacy.
Wytwarza się przy tym bardzo słony sos, na pewno z łososia — gdy odkrywamy folię, możemy jeszcze w fazie pieczenia podlać nim pierś. Wszystko zostaje w rodzinie.
Nazywać będziemy to wykwintne danie jakże wyszukaną nazwą: indyk z nadzieniem. Dla bardziej wysublimowanych Czytelników i Smakoszy proponuję ewentualnie: Delikatny zawijaniec serowy z filetu indyczego.
Z grubsza można się domyślić, o co chodzi, ale na wszelki wypadek zanotuję:
- Jeden kawałek filetu z indyka (jeden na jedną osobę oczywiście) — u mnie była to mniej więcej połowa pojedynczej piersi.
- 150 g białego sera
- Łosoś wędzony, ilość według upodobań (mniej niż sera)
- 1 jajo
- 1,5 łyżki otrębów
- Przyprawy i 1 ząbek czosnku
Filet trzeba przekroić w taki sposób, aby uzyskać jak największą powierzchnię przy jak najcieńszej warstwie mięsa. Technika dowolna, ja mam przy tym niezły ubaw i nigdy mi ładnie nie wychodzi. Jeśli już się uda, posypujemy z obu stron przyprawami (ja: dla odmiany ostra papryka + tymianek + pieprz). Od środka (wybieramy sami, co ma być środkiem, ale sugeruję, aby była to ta część, która była przekrawana) układamy pokrojony w plasterki czosnek, tak aby zajął całą powierzchnię — proszę wcześniej przemyśleć rozłożenie.
Niektórzy wolą czosnek granulowany — proszę bardzo. Ja uwielbiam aromat pieczonego prawdziwego czosnku, a przy okazji nie znoszę zapachu i konsystencji sproszkowanego.
Resztę składników, która, jak się już domyślamy, będzie farszem, mieszamy w misce (jajo surowe). Możemy doprawić, czym nam się podoba, nie przesadzając z solą, bo łosoś jest słony wystarczająco. Ja właściwie zmełłam tylko nieco pieprzu. Otręby konieczne są do zagęszczenia tej mieszanki i sprawienia, że nie wypłynie podczas pieczenia (podaną ilość można, a nawet należy, modyfikować według potrzeb).
Uzyskawszy konsystencję pasty, rozsmarowujemy ją na indyku obłożonym czosnkiem. Nie za grubo, aby być w stanie zawinąć całość. Mnie tej pasty wystarczyło na 2 razy. Zawijamy ostrożnie. Jeśli daliśmy wystarczająco dużo otrębów, nie powinno wypływać. Co ciekawe, całość się całkiem ładnie zasklepia podczas pieczenia.
Zawijamy nasz zawijaniec w folię aluminiową i wkładamy do piecyka (zamknięciem folii do góry). Ja wkładam na około godzinę, na 180ºC, z czego na ostatnie 20 minut odchylam folię, by pozwolić się indykowi zarumienić. Za pierwszym razem byłam pełna obaw, co powstanie z tej papki wepchniętej do środka, bo straciłam zaufanie do białego sera po tym, jak zobaczyłam, co się z nim dzieje, gdy dostanie łyżkę sody. Godzina jest w sam raz. Mięso się upiecze, zarumieni, jajko zetnie i wszystko będzie na cacy.
Wytwarza się przy tym bardzo słony sos, na pewno z łososia — gdy odkrywamy folię, możemy jeszcze w fazie pieczenia podlać nim pierś. Wszystko zostaje w rodzinie.Dla kontrastu proponuję dodać do farszu dużo zieleniny, np. szczypiorku — będzie się odróżniało od reszty. Smacznego.
niedziela, 5 września 2010
Skóra z kury
Ogarnęły mnie dwa lejzi dni i prawie komputera nie włączałam. Okazało się, że fazę uderzeniową wybrałam sobie na moment pokrywający się z comiesięcznym zatrzymaniem wody w ciele. Niech to. Waga stanęła na 3 dni. Obiecałam sobie na początku nie martwić się takimi sytuacjami, ale żal mi było, że po fazie uderzeniowej nie będzie spektakularnych wyników. Trudno, wyleję z siebie resztę później.
W piątek zjadłam znów coś nowego. Udo kurczaka bez skóry. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, bo wiadomo, że kurczaki w mojej rodzinie je się dla pysznej, chrupiącej, dobrze opieczonej mmmniam skórki. Nikt ci nie odda swojej, każdy zostawia sobie na koniec jako nagrodę. U rodziców od prawie trzydziestu lat co sobotę są tradycyjne kurczaki z rożna. Z rożna to one kiedyś były, jak jeszcze działał rożen („rożno”) taty, a potem rożen w piekarniku. Wszystko poszło w niepamięć, ale kurczaki zostały. W naczyniu żaroodpornym. Bo nie sposób upieczenia okazał się kluczowy, ale… sosik. Tak prosty, tak pyszny, tak niezdrowy i tak tłusty sobotni sosik do sobotniego kurczaka. Margaryna do pieczenia + śmietana. Najlepiej taka, która się zsiada, tworząc kuleczki. W tych kurczakach zakochał się mój R., zakochała się dziewczyna mojego brata, a i kilku kolesi z podwórka prosiło o przepis.
Bywało i tak, że nakupiłam całe mnóstwo skrzydełek, żeby stosunek skóry do mięsa był jak najkorzystniejszy dla tego pierwszego.
A w piątek musiałam się zadowolić udem oskalpowanym. Skóra powędrowała na talerz R., który nie ukrywał swojej radości. Pozbawiłam udo tego, co w nim najcenniejsze, jeszcze przed przyprawieniem, co nawet mi się spodobało (ta czynność). Obłożony czosnkiem i posypany królującą ostatnio u mnie ostrą papryką powędrował do piekarnika, by po godzinie wprawić znów mnie w zdziwienie, że jest słony bez soli.
Solenia mięsa już u mnie nie będzie.
Po tych kilku dniach naszła mnie jednak ochota na coś niemięsnego. A jednak. Potrzebowałam słodkości. Znalazłam przepis na sernik gotowany na patelni, zrobiłam mu dwie warstwy (waniliową z aromatem i czekoladową z odtłuszczonym nieodmiennym kakao). Następnym razem jednak zmielę ser, bo zostały grudki. Na fali słodkości wstawiłam właśnie ptasie mleczko z mleka, żelatyny i słodziku. To niewiarygodne, co ludzie potrafią wymyślić, żeby jeść to co zwykle, ale inaczej. Najlepsze jest to, że wszystko trzeba zrobić samemu. W sklepach nie ma półek dukanowskich.
Odkrywam gotowanie na nowo i sprawia mi to kolejną frajdę.
W piątek zjadłam znów coś nowego. Udo kurczaka bez skóry. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, bo wiadomo, że kurczaki w mojej rodzinie je się dla pysznej, chrupiącej, dobrze opieczonej mmmniam skórki. Nikt ci nie odda swojej, każdy zostawia sobie na koniec jako nagrodę. U rodziców od prawie trzydziestu lat co sobotę są tradycyjne kurczaki z rożna. Z rożna to one kiedyś były, jak jeszcze działał rożen („rożno”) taty, a potem rożen w piekarniku. Wszystko poszło w niepamięć, ale kurczaki zostały. W naczyniu żaroodpornym. Bo nie sposób upieczenia okazał się kluczowy, ale… sosik. Tak prosty, tak pyszny, tak niezdrowy i tak tłusty sobotni sosik do sobotniego kurczaka. Margaryna do pieczenia + śmietana. Najlepiej taka, która się zsiada, tworząc kuleczki. W tych kurczakach zakochał się mój R., zakochała się dziewczyna mojego brata, a i kilku kolesi z podwórka prosiło o przepis.
Bywało i tak, że nakupiłam całe mnóstwo skrzydełek, żeby stosunek skóry do mięsa był jak najkorzystniejszy dla tego pierwszego.
A w piątek musiałam się zadowolić udem oskalpowanym. Skóra powędrowała na talerz R., który nie ukrywał swojej radości. Pozbawiłam udo tego, co w nim najcenniejsze, jeszcze przed przyprawieniem, co nawet mi się spodobało (ta czynność). Obłożony czosnkiem i posypany królującą ostatnio u mnie ostrą papryką powędrował do piekarnika, by po godzinie wprawić znów mnie w zdziwienie, że jest słony bez soli.
Solenia mięsa już u mnie nie będzie.
Po tych kilku dniach naszła mnie jednak ochota na coś niemięsnego. A jednak. Potrzebowałam słodkości. Znalazłam przepis na sernik gotowany na patelni, zrobiłam mu dwie warstwy (waniliową z aromatem i czekoladową z odtłuszczonym nieodmiennym kakao). Następnym razem jednak zmielę ser, bo zostały grudki. Na fali słodkości wstawiłam właśnie ptasie mleczko z mleka, żelatyny i słodziku. To niewiarygodne, co ludzie potrafią wymyślić, żeby jeść to co zwykle, ale inaczej. Najlepsze jest to, że wszystko trzeba zrobić samemu. W sklepach nie ma półek dukanowskich.
Odkrywam gotowanie na nowo i sprawia mi to kolejną frajdę.
czwartek, 2 września 2010
Rosół — czyli rozsolone mięso
Czwarty dzień minął spokojnie, bez spotkania z Przedszkolakiem, który wszystko odwołał. Od rana (a właściwie to od wczoraj) jestem zasypywana przez dział marketingu tekstami do sprawdzenia. Nie ma czasu popracować. Robota zaczyna się piętrzyć, ale powiedziałam sobie 3 tygodnie temu, że nie będę już harować całe dnie (a i czasem noce). Skondensowałam dzień pracy do pierwszych ośmiu godzin dnia i nagle się okazało, że mam masę wolnego czasu. Można czytać, można iść z psem na spacer, można się pouczyć i można gotować. Wszystko można. Co ja robiłam przez ostatnie półtora roku?! Ot, uroki pracy w domu, szef nie zorganizuje ci czasu, nie wypuści o 16.00 do domu.
Mam zatem ten komfort, że mogę ustalić sobie dzień pod względem posiłków niezależnie od pracy. Robię sobie lancztajm o 14.00 i nigdzie się nie spieszę. Wszystko jest wliczone w rytm dnia. Dziś na lancztajm nie oparłam się pokusie i powtórzyłam wtorkowe szaszłyki, które tak mnie zachwyciły. Zrobiłam wszystko tak samo i wyszły znowu rewelacyjne.
Nic prostszego:
Szaszłyki jak zrobić, każdy wie. Ponabijać na patyk i obsypać przyprawami. Drugą stronę obsypuję, gdy przewracam już z jednej upieczone. Piekę w piekarniku na grillu. I gotowe.
Zrobiłam przy okazji eksperyment na R. Zjadł całość (miał jeszcze dołożoną karkówkę) i spytałam o wrażenia smakowe. „Bardzo dobre, mało ostre, ale na słoność akurat”. Hehe, a tam ani ziarenka soli. Szczerze mówiąc, sama się zdziwiłam, skąd taki słony smak. Postanowiłam jednak zaryzykować — za namową ljustine — i nie solić niczego. Od wczoraj mi się udaje. Najbardziej cierpię przy białym serze, próbuję znaleźć coś, co wynagrodzi mi jego niesłoność. Już wiem, że nie będzie to tymianek (jednak nie nadaje się do wszystkiego).
Tymczasem wybiorę się na zakupy uzupełnić to, o czym nie wiedziałam, że powinnam mieć: słodzik, skrobia kukurydziana (o ile znajdę), serki homogenizowane 0% (o ile znajdę) i otręby owsiane (bo mam jeno żytnie). Przydałby się jeszcze moździerz do rozbijania twardych przypraw — może w końcu będzie ku temu okazja. No i konieczny jest porządny blender, bo mój ostatni wysiadł przy którymś cieście.
Na razie kupiłam olej parafinowy vel parafinę płynną, który stoi na parapecie w kuchni i straszy butelką jak od wody utlenionej. Też mi „przyprawa”.
Mam zatem ten komfort, że mogę ustalić sobie dzień pod względem posiłków niezależnie od pracy. Robię sobie lancztajm o 14.00 i nigdzie się nie spieszę. Wszystko jest wliczone w rytm dnia. Dziś na lancztajm nie oparłam się pokusie i powtórzyłam wtorkowe szaszłyki, które tak mnie zachwyciły. Zrobiłam wszystko tak samo i wyszły znowu rewelacyjne.
Nic prostszego:
- Porcja mięsa wołowego
- Taka sama porcja drobiu (pierś z indyka lub kurczaka)
- Liście laurowe
- Trochę cebuli w krążkach
- Ząbek czosnku z plasterkach
- Tymianek i papryka ostra (lub co kto woli)
Szaszłyki jak zrobić, każdy wie. Ponabijać na patyk i obsypać przyprawami. Drugą stronę obsypuję, gdy przewracam już z jednej upieczone. Piekę w piekarniku na grillu. I gotowe.
Zrobiłam przy okazji eksperyment na R. Zjadł całość (miał jeszcze dołożoną karkówkę) i spytałam o wrażenia smakowe. „Bardzo dobre, mało ostre, ale na słoność akurat”. Hehe, a tam ani ziarenka soli. Szczerze mówiąc, sama się zdziwiłam, skąd taki słony smak. Postanowiłam jednak zaryzykować — za namową ljustine — i nie solić niczego. Od wczoraj mi się udaje. Najbardziej cierpię przy białym serze, próbuję znaleźć coś, co wynagrodzi mi jego niesłoność. Już wiem, że nie będzie to tymianek (jednak nie nadaje się do wszystkiego).
Tymczasem wybiorę się na zakupy uzupełnić to, o czym nie wiedziałam, że powinnam mieć: słodzik, skrobia kukurydziana (o ile znajdę), serki homogenizowane 0% (o ile znajdę) i otręby owsiane (bo mam jeno żytnie). Przydałby się jeszcze moździerz do rozbijania twardych przypraw — może w końcu będzie ku temu okazja. No i konieczny jest porządny blender, bo mój ostatni wysiadł przy którymś cieście.
Na razie kupiłam olej parafinowy vel parafinę płynną, który stoi na parapecie w kuchni i straszy butelką jak od wody utlenionej. Też mi „przyprawa”.
Brnę
To wyjątkowo obfitujący życiem towarzyskim tydzień. We wtorek wizyta u koleżanki i jej dzieci, wczoraj do nocy siedzieliśmy u Martuchy, słuchając jej morskich opowieści. Dziś z kolei czeka mnie przeprawa z Przedszkolakiem. Trzymam się, uprzedzam i ustawiam spotkania tak, żeby pić tylko wodę, herbatę lub pepsi lajt. Na razie idzie gładko.
Uznałam, że mogę poświęcić pół roku i nie pić w tym czasie ani piwa, ani (to gorzej) wina. Nic mi się nie stanie. Ot, trzeba tylko jeździć wszędzie samochodem lub rowerem (póki w miarę ciepło).
Zgodnie z przepowiedniami pana Dukana rozpiera mnie entuzjazm. Nie wiem, czy bardziej z powodu tego, co widzę na wadze, możliwości podzielenia się tym ze światem, czy tego, co codziennie odkrywam.
Jem sobie, ile chcę, kiedy chcę i czuję się z tym dobrze. Nareszcie koniec z wyrzutami sumienia, że dopada mnie głód o 24 (a tak było wczoraj, bo przez tę wizytę ominął mnie podwieczorek i kolacja). A co. Pan Dukan przyzwolił, to nie zamierzam się hamować. To ma być pewnego rodzaju eksperyment, czy faktycznie można sobie na wiele pozwolić.
Inna sprawa, że tak naprawdę nie koczuję całymi dniami przy lodówce i nie wyliczam, co by teraz chapnąć. Przyzwyczaiłam się jeść 4–5 posiłków dziennie, bo nareszcie mój tryb życia i pracy mi na to pozwala. W międzyczasie raczej nie mam potrzeby dojadania. A nawet jeśliby się pojawiła, to ze spokojem mogę przecież rozłupać jajko czy zapchać się białym serem.
Psychologicznie to świetne rozwiązanie. Spokój sumienia.
Uznałam, że mogę poświęcić pół roku i nie pić w tym czasie ani piwa, ani (to gorzej) wina. Nic mi się nie stanie. Ot, trzeba tylko jeździć wszędzie samochodem lub rowerem (póki w miarę ciepło).
Zgodnie z przepowiedniami pana Dukana rozpiera mnie entuzjazm. Nie wiem, czy bardziej z powodu tego, co widzę na wadze, możliwości podzielenia się tym ze światem, czy tego, co codziennie odkrywam.
Jem sobie, ile chcę, kiedy chcę i czuję się z tym dobrze. Nareszcie koniec z wyrzutami sumienia, że dopada mnie głód o 24 (a tak było wczoraj, bo przez tę wizytę ominął mnie podwieczorek i kolacja). A co. Pan Dukan przyzwolił, to nie zamierzam się hamować. To ma być pewnego rodzaju eksperyment, czy faktycznie można sobie na wiele pozwolić.
Inna sprawa, że tak naprawdę nie koczuję całymi dniami przy lodówce i nie wyliczam, co by teraz chapnąć. Przyzwyczaiłam się jeść 4–5 posiłków dziennie, bo nareszcie mój tryb życia i pracy mi na to pozwala. W międzyczasie raczej nie mam potrzeby dojadania. A nawet jeśliby się pojawiła, to ze spokojem mogę przecież rozłupać jajko czy zapchać się białym serem.
Psychologicznie to świetne rozwiązanie. Spokój sumienia.
środa, 1 września 2010
Drugi owocny dzień
Wczoraj dzień zapchany do granic. Od rana praca, po południu wizyta u koleżanki i jej dzieci (przeciągnięta do wieczora), a na koniec dłuuuugi seans filmowy. Potem padłam.
Ale to bardzo ważny dzień z punktu widzenia tej diety. Pierwszy sukces, pierwsze zaskoczenie… i drugie zaskoczenie.
Miałam nie przesadzać i nie ważyć się codziennie, ale ciekawość mnie zżarła i wlazłam rano na wagę. No ludzie! 75,2 kg. Za co? Za nic. Nie przypominam sobie żadnego poświęcenia w poniedziałek. Niczego sobie nie odmówiłam. Niczego nie żałowałam.
Ja wiem, że to pewnie woda na razie ze mnie schodzi, ale cóż z tego? Skoro mam jej za dużo, to niech schodzi. Pan doktor od anatomii mówił nam na zajęciach, że pierwszym błędem odchudzających się jest pozbawianie się wody. „To i nie dziwota, że chudną, ale jakim kosztem? Przychodzą potem takie suchotniki odwodnione do szpitala i ratuj, panie”. Chyba trudno powiedzieć o diecie Dukana, że jest odwadniająca, skoro wytrąbić trzeba minimum 1,5 litra płynu każdego dnia?
Biegam zatem do łazienki jak oszalała. Trochę mnie to denerwuje, ale od razu zaczynam wizualizować sobie to, o czym mówił pan Dukan: „nieskazitelnie czyta woda wpływa do komórek, a wypływa słona i brudna”. Świetnie jest „widzieć”, jak z ud wypływa cała sól i inne fusy.
Sól bowiem była moim największym problemem. O ile bez słodyczy mogłam się obejść kilka tygodni, o tyle sól królowała na moim stole. Z czasem przestała nawet wystarczać i przerzuciłam się na vegetę. Dodawałam ją do wszystkiego. I wiedziałam, że to jest niezdrowe, ale i tak dodawałam. A teraz proszę. Szok sodowy. Dieta uboga w sól.
Pierwszy dzień przeszedł gładko, bo zjadłam słonego przecież łososia w sałatce i śledzia na wpół rozsolonego. Drugi dzień był przełomowy. Znaczy wczorajszy. Na obiad wymyśliłam sobie szaszłyki drobiowo-wołowe. Ponabijałam mięcho, tu i ówdzie przekładając małym krążkiem cebuli, a gdzie indziej liściem laurowym. (Kto by pomyślał, że liść bobkowy nabije się na patyki?). Całość posypałam ostrą papryką i dużą ilością ukochanego tymianku. Na koniec trochę soli (niskosodowej) — bardziej chyba jako efekt psychologiczny niż dla walorów smakowych, bo to było mniej niż szczypta. Obiad się upiekł i przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zmuszona jeść szaszłyki bez: keczupu, musztardy, warzyw, kiełbasy, boczku, soli, vegety — odkryłam nowy, nieznany smak mięsa. Po prostu mięsa. Nie przypraw, nie sosów, nie marynat — tylko mięsa, lekko pikantnego i tymiankowego. Żułam sobie powoli, zwłaszcza wołowinę, rozsmakowując się tym doświadczeniem.
Z tym większym zapałem czekam, co przyniosą kolejne dni i co jeszcze odkryję zupełnie przypadkiem.
Ale to bardzo ważny dzień z punktu widzenia tej diety. Pierwszy sukces, pierwsze zaskoczenie… i drugie zaskoczenie.
Miałam nie przesadzać i nie ważyć się codziennie, ale ciekawość mnie zżarła i wlazłam rano na wagę. No ludzie! 75,2 kg. Za co? Za nic. Nie przypominam sobie żadnego poświęcenia w poniedziałek. Niczego sobie nie odmówiłam. Niczego nie żałowałam.
Ja wiem, że to pewnie woda na razie ze mnie schodzi, ale cóż z tego? Skoro mam jej za dużo, to niech schodzi. Pan doktor od anatomii mówił nam na zajęciach, że pierwszym błędem odchudzających się jest pozbawianie się wody. „To i nie dziwota, że chudną, ale jakim kosztem? Przychodzą potem takie suchotniki odwodnione do szpitala i ratuj, panie”. Chyba trudno powiedzieć o diecie Dukana, że jest odwadniająca, skoro wytrąbić trzeba minimum 1,5 litra płynu każdego dnia?
Biegam zatem do łazienki jak oszalała. Trochę mnie to denerwuje, ale od razu zaczynam wizualizować sobie to, o czym mówił pan Dukan: „nieskazitelnie czyta woda wpływa do komórek, a wypływa słona i brudna”. Świetnie jest „widzieć”, jak z ud wypływa cała sól i inne fusy.
Sól bowiem była moim największym problemem. O ile bez słodyczy mogłam się obejść kilka tygodni, o tyle sól królowała na moim stole. Z czasem przestała nawet wystarczać i przerzuciłam się na vegetę. Dodawałam ją do wszystkiego. I wiedziałam, że to jest niezdrowe, ale i tak dodawałam. A teraz proszę. Szok sodowy. Dieta uboga w sól.
Pierwszy dzień przeszedł gładko, bo zjadłam słonego przecież łososia w sałatce i śledzia na wpół rozsolonego. Drugi dzień był przełomowy. Znaczy wczorajszy. Na obiad wymyśliłam sobie szaszłyki drobiowo-wołowe. Ponabijałam mięcho, tu i ówdzie przekładając małym krążkiem cebuli, a gdzie indziej liściem laurowym. (Kto by pomyślał, że liść bobkowy nabije się na patyki?). Całość posypałam ostrą papryką i dużą ilością ukochanego tymianku. Na koniec trochę soli (niskosodowej) — bardziej chyba jako efekt psychologiczny niż dla walorów smakowych, bo to było mniej niż szczypta. Obiad się upiekł i przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zmuszona jeść szaszłyki bez: keczupu, musztardy, warzyw, kiełbasy, boczku, soli, vegety — odkryłam nowy, nieznany smak mięsa. Po prostu mięsa. Nie przypraw, nie sosów, nie marynat — tylko mięsa, lekko pikantnego i tymiankowego. Żułam sobie powoli, zwłaszcza wołowinę, rozsmakowując się tym doświadczeniem.
Z tym większym zapałem czekam, co przyniosą kolejne dni i co jeszcze odkryję zupełnie przypadkiem.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Umarł król, niech żyje król
Wczoraj pożegnałam się z węglowodanami, wieprzowinką i tłuszczem. Karkówka z grilla w koronie z pomidorów z cebulką była godna tego dnia. Zwłaszcza polana sosem z prawdziwej śmietany z mleka od krowy (pierońsko kwaśna) z dodatkiem keczupu i cukru. Na deser ostatnia gruszka, o dziwo czerwona, i piwo na kolację. Tak zakończyłam dotychczasowe nawyki i ze spokojem, radością i nadzieją poszłam spać, by przywitać pierwszy dzień diety.
Z samego rana pojechałam na basen. Pan Dukan co prawda przebąkiwał, aby nie forsować się fizycznie w tym pierwszym etapie, ale uznałam, że skoro nie wprowadzam takiego wysiłku jako novum, bo mam w zwyczaju każdy nowy tydzień witać na basenie, to nie zaszokuję organizmu małą porcją ruchu. Mam nadzieję, że niedługo, gdy skończą się urlopy i wakacje, będzie trochę luźniej, bo teraz trzeba stosować technikę slalomową.
Śniadanie zjadłam dopiero po powrocie. Poniedziałek to jedyny dzień, w którym odstępuję od zasady niewychodzenia z domu bez śniadania. Nie cierpię tego i nie rozumiem ludzi, którzy pierwszy posiłek jedzą o 16. Mnie się robi niedobrze od głodu. Ale poniedziałek jest wyjątkiem, bo gdybym zjadła śniadanie, to zemdliłoby mnie na basenie.
Obyło się bez szaleństw, sałatka (o ile można to jeszcze nazwać sałatką) z białego sera, wędzonego łososia i jajka. Bez pomidorów jest niezwykle sucha, ale nadal bardzo dobra.
Na obiad zjadłam coś dziwnego i raczej nie ma się co chwalić, jak przygotowałam pierś z indyka. Było jadalne, miało jakiś smak. Tylko na talerzu pusto i ponuro, bez warzyw. Żołądek dopełniły dwie szklanki wody, przy czym drugiej już nie dałam rady wypić w całości. Ale spokojnie, norma 1,5–2 litrów płynów już prawie wyrobiona.
O ile zgłodnieję, na kolację zaserwuję śledzika, który odmacza się od soli (ciekawe, czy zostanie mu jeszcze jakiś smak).
Zabawa się zaczęła. Waga startowa: 76,1 kg (29 BMI). Waga docelowa: 53 kg (20,2 BMI).
Z samego rana pojechałam na basen. Pan Dukan co prawda przebąkiwał, aby nie forsować się fizycznie w tym pierwszym etapie, ale uznałam, że skoro nie wprowadzam takiego wysiłku jako novum, bo mam w zwyczaju każdy nowy tydzień witać na basenie, to nie zaszokuję organizmu małą porcją ruchu. Mam nadzieję, że niedługo, gdy skończą się urlopy i wakacje, będzie trochę luźniej, bo teraz trzeba stosować technikę slalomową.
Śniadanie zjadłam dopiero po powrocie. Poniedziałek to jedyny dzień, w którym odstępuję od zasady niewychodzenia z domu bez śniadania. Nie cierpię tego i nie rozumiem ludzi, którzy pierwszy posiłek jedzą o 16. Mnie się robi niedobrze od głodu. Ale poniedziałek jest wyjątkiem, bo gdybym zjadła śniadanie, to zemdliłoby mnie na basenie.
Obyło się bez szaleństw, sałatka (o ile można to jeszcze nazwać sałatką) z białego sera, wędzonego łososia i jajka. Bez pomidorów jest niezwykle sucha, ale nadal bardzo dobra.
Na obiad zjadłam coś dziwnego i raczej nie ma się co chwalić, jak przygotowałam pierś z indyka. Było jadalne, miało jakiś smak. Tylko na talerzu pusto i ponuro, bez warzyw. Żołądek dopełniły dwie szklanki wody, przy czym drugiej już nie dałam rady wypić w całości. Ale spokojnie, norma 1,5–2 litrów płynów już prawie wyrobiona.
O ile zgłodnieję, na kolację zaserwuję śledzika, który odmacza się od soli (ciekawe, czy zostanie mu jeszcze jakiś smak).
Zabawa się zaczęła. Waga startowa: 76,1 kg (29 BMI). Waga docelowa: 53 kg (20,2 BMI).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


