Na szybko: znalazłam w końcu fragment książki "Zaklinacz wagi" (kliknij, żeby ściągnąć). Polecam wszystkim szukającym czegoś więcej niż jedna konkretna dieta.
wtorek, 11 stycznia 2011
Znalazłam
Na szybko: znalazłam w końcu fragment książki "Zaklinacz wagi" (kliknij, żeby ściągnąć). Polecam wszystkim szukającym czegoś więcej niż jedna konkretna dieta.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Eksperyment nieudany, ale pacjent żyje
Skoro tak świetnie się czuję, jedząc 5 razy dziennie do syta, choć zdrowo, chudo, racjonalnie i niskokalorycznie — pomyślałam — to czemu by nie wprowadzić szóstego posiłku pomiędzy podwieczorkiem a kolacją? Po dziewiętnastej już nic nie jem, a zdarza się, że mam na coś ochotę. To nawet nie ssanie w żołądku. To taka po prostu wieczorna chętka na przekąskę.
Zjadłam więc dziś jajo na miękko. Niecałe 100 kcal. Ale jak dodałam do tego zwyczajową kolację, po której zawsze idę lekka do łóżka, to już zrobiło się nieprzyjemnie. Czuję się, jakbym pochłonęła ¾ dużej pizzy.
Wniosek 1.: Chyba skurczył mi się żołądek.
Wniosek 2.: Pozostanę przy standardowych 5 posiłkach dziennie.
Wniosek 3.: Uczucie lekkości jest boskie, a przejedzenie okropne. Jak ja mogłam tyle żreć?
Czuję się lekko
Nie. Nie „lekka”, tylko „lekko.
Czuję się lekko, gdy jem chude, pieczone, pyszne mięso z ogromną porcją warzyw na ciepło (mrożona mieszanka wrzucona na teflon). Jem do pełna, nie liczę kalorii, nie chodzę głodna i czuję się lekko.
Wraca mi wiara we własne ciało, w długą pracę nad nim i w powodzenie.
Cel na najbliższe miesiące: absolutne spalanie tłuszczu. FAT Killer. Nie waga, nie centymetry. Spalanie tłuszczu.
Polecam wszystkim wagę pokazującą zawartość tłuszczu (i innych pierdół) w organizmie.
sobota, 8 stycznia 2011
Antyanoreksja
Czytam teraz „Wyznania złej matki” i spodobało mi się jedno z jej spostrzeżeń z czasu, kiedy była w ciąży. Że ma odwrotność anoreksji — ale w sensie psychopostrzegania własnego ciała. Ze mną jest tak samo.
Podczas gdy kości anorektyka obleczone są samą skórą, a on widzi w lustrze grubasa, to ja — 45-procentowa (nie bójmy się tego) narośl tłuszczowa — postrzegam siebie jako osobę ot, ciut przy kości. Nawet nie puszystą, fuj, jak to brzmi?
Ale obiektywne wyniki nie kłamią. Obmyślam nowy plan.
piątek, 7 stycznia 2011
PrzeZaklęta waga
Czyli to prawda. Jestem półtłusta.
Przeczytałam ostatnio książkę motywującą do odchudzenia. Ale nie motywującą do przejścia na dietę taką czy siaką na 136 dni. Motywującą do zmiany sposobu odżywiania, rytmu dnia, zażywania ruchu. Zmiany trybu życia.
Tak coś czułam, że poszukując z różnych dróg, zależało mi w gruncie rzeczy na czymś całościowym. Na planie od A do Z. Od rana do nocy. Od pracy do domu. Od spacerów po trening. Od pizzy do łososia na obiad.
„Zaklinacz wagi” objawił przede mną prawdę utajoną; prawdę, o której nie piszą portale dietetyczne. Ja coś czułam, że tak będzie. Że coś nie gra. Że BMI i waga ciała to za mało, żeby wydać na kogoś wyrok otyłości. „Zaklinacz wagi” pokazał i udowodnił, że najważniejsza jest procentowa zawartość tłuszczu w organizmie, czyli w cielsku.
Jak przeczytałam, tak beztrosko zabrałam się do obliczeń. Wzrost, waga, płeć, wiek, obwód szyi pod jabłkiem Adama, którego nie czuję, obwód pasa, obwód bioder. Cyk do kalkulatorka na stronie i BUUUUM!
Jestem półtłusta.
Mam w sobie 45% tłuszczu.
Dźwigam 35 kilogramów słoniny.
To już przegięcie.
Z tego wszystkiego zakupiliśmy wagę mierzącą zawartość tłuszczu, mięśni, wody, a nawet kości — a co tam — w organizmie. Właśnie dostarczył ją kurier.
Czyli to prawda. Jestem półtłusta.
Książka jest dostępna tutaj: http://www.zlotemysli.pl/
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Na tarczy
Zapewne domyślacie się, jaki jest finał mojej historii. Porażka.
Wyjechałam na urlop do Londynu, do znajomych, na ponad tydzień. Ponad tydzień byłam gościem i to gościem bogato ugoszczonym. Gospodyni domu pokazała się z najlepszej strony, codziennie serwując nowe smakołyki, niemające nic wspólnego z dietą, a tym bardziej z proteinami i Dukanem.
Nie miałam pola manewru. Albo może nie chciałam go mieć. Jedno jest pewne, do Dukana nie wrócę.
Tak jak pisałam na początku: daję sobie tylko jedno podejście. Albo zaangażuję się w to na 100%, całą sobą, przyjmując wszelkie możliwości i skutki tej decyzji, albo nic z tego. I na początku zaangażowałam się.
Miałam niesamowitą frajdę, wyszukując i modyfikując przepisy, a czasem nawet je wymyślając. Kupiłam sobie nawet olej parafinowy, ale informacja na ulotce o możliwych wyciekach z odbytu skutecznie mnie zniechęciła do spożytkowania tegoż. Kupiłam 3 opakowania skrobii kukurydzianej, mnóstwo otrębów i innych niezbędnych na Dukanie rzeczy. Ja już kombinowałam dukanowy przepis na pierogi wigilijne! Tak byłam zaangażowana.
Ale stało się inaczej. Po powrocie z Londynu nie mogłam zebrać się, żeby wrócić na proteiny. Potwierdziło to moje przypuszczenie:
Wyjechałam na urlop do Londynu, do znajomych, na ponad tydzień. Ponad tydzień byłam gościem i to gościem bogato ugoszczonym. Gospodyni domu pokazała się z najlepszej strony, codziennie serwując nowe smakołyki, niemające nic wspólnego z dietą, a tym bardziej z proteinami i Dukanem.
Nie miałam pola manewru. Albo może nie chciałam go mieć. Jedno jest pewne, do Dukana nie wrócę.
Tak jak pisałam na początku: daję sobie tylko jedno podejście. Albo zaangażuję się w to na 100%, całą sobą, przyjmując wszelkie możliwości i skutki tej decyzji, albo nic z tego. I na początku zaangażowałam się.
Miałam niesamowitą frajdę, wyszukując i modyfikując przepisy, a czasem nawet je wymyślając. Kupiłam sobie nawet olej parafinowy, ale informacja na ulotce o możliwych wyciekach z odbytu skutecznie mnie zniechęciła do spożytkowania tegoż. Kupiłam 3 opakowania skrobii kukurydzianej, mnóstwo otrębów i innych niezbędnych na Dukanie rzeczy. Ja już kombinowałam dukanowy przepis na pierogi wigilijne! Tak byłam zaangażowana.
Ale stało się inaczej. Po powrocie z Londynu nie mogłam zebrać się, żeby wrócić na proteiny. Potwierdziło to moje przypuszczenie:
Do diety Dukana masz jedno prawdziwe podejście.
Wiedząc, co mnie czeka, nie dam rady zacząć przechodzić przez kolejne fazy od początku. Za pierwszym podejściem jest łatwo, bo brniesz w nieznane, a im bardziej brniesz, tym bardziej żal ci zrezygnować. Za każdym kolejnym razem jest gorzej, bo wiesz, co cię czeka i siła motywacji i chęci spada. Oczywiście jeśli ktoś chce, niech podchodzi sobie do Dukana, ile razy ma na to ochotę. Pytanie tylko: po co?
Jest to przecież jedna z niewielu diet pomyślana jednorazowo, całościowo i globalnie. Od A do Z, a nawet Ż, Ź. Zakłada i chudnięcie, i stabilizację z walką anty-jo-jową, i harmonijną kontrolę wagi do końca żywota. To nie jest dieta "w razie potrzeby". W razie potrzeby można sobie stosować głodówkę lub co kto tam woli, żeby wbić się w kieckę na sylwestra. Dukan jest raz na zawsze. Mnie się nie udało, trochę żałuję, a trochę nie żałuję.
Dlaczego nie żałuję? Dlatego że okazało się, że ta dieta jest kompletnie nieżyciowa. Wymaga stałej kontroli, która w licznych przypadkach powinna trwać nawet ze 2 lata. Oznaczałoby to 2 lata bez niespodziewanych zdarzeń, bez wyjazdów, bez wakacji w drogich hotelach z wyżywieniem (to akurat nie moje klimaty), bez wypadu na żagle (to moje klimaty) czy bez tygodniowej wędrówki po górach (moje), gdzie trzeba wpieprzać tłustą mielonkę i zagryzać chlebem. I to białym, bo ciemny po 3 dniach w plecaku nadaje się dla ptaszków do rozsypania.
Trochę wstydziłam się tu wrócić. Ale co tam. Wracam, na razie bez planu, w fazie poszukiwania racjonalnej drogi. Wpada mi w ręce coraz więcej publikacji na temat racjonalnego żywienia i trybu życia. Czas zmienić coś więcej niż tylko proporcje białek w żarciu.
A poza tym mój luby powiedział, że "czasem mi jechało". :-P
Jest to przecież jedna z niewielu diet pomyślana jednorazowo, całościowo i globalnie. Od A do Z, a nawet Ż, Ź. Zakłada i chudnięcie, i stabilizację z walką anty-jo-jową, i harmonijną kontrolę wagi do końca żywota. To nie jest dieta "w razie potrzeby". W razie potrzeby można sobie stosować głodówkę lub co kto tam woli, żeby wbić się w kieckę na sylwestra. Dukan jest raz na zawsze. Mnie się nie udało, trochę żałuję, a trochę nie żałuję.
Dlaczego nie żałuję? Dlatego że okazało się, że ta dieta jest kompletnie nieżyciowa. Wymaga stałej kontroli, która w licznych przypadkach powinna trwać nawet ze 2 lata. Oznaczałoby to 2 lata bez niespodziewanych zdarzeń, bez wyjazdów, bez wakacji w drogich hotelach z wyżywieniem (to akurat nie moje klimaty), bez wypadu na żagle (to moje klimaty) czy bez tygodniowej wędrówki po górach (moje), gdzie trzeba wpieprzać tłustą mielonkę i zagryzać chlebem. I to białym, bo ciemny po 3 dniach w plecaku nadaje się dla ptaszków do rozsypania.
Trochę wstydziłam się tu wrócić. Ale co tam. Wracam, na razie bez planu, w fazie poszukiwania racjonalnej drogi. Wpada mi w ręce coraz więcej publikacji na temat racjonalnego żywienia i trybu życia. Czas zmienić coś więcej niż tylko proporcje białek w żarciu.
A poza tym mój luby powiedział, że "czasem mi jechało". :-P
środa, 6 października 2010
Może pan się o mnie oprze?
Przeczytanie kilku książek, które stało się katalizatorem podjęcia kilku decyzji, zaowocowało zapełnieniem dni od świtu po zmierzch. I dobrze, że zmierzch przychodzi tak szybko, bo niekiedy bym go w ogóle nie doczekała. Tak szybko padam.
Za to wstaję wcześniej, dużo wcześniej niż kiedyś i to jest cudowne uczucie, kiedy wiem, że dopiero jest 8 rano, a ja już tyle zdążyłam zrobić. I nie żal mi długich wieczorów przed telewizorem (wiadomo, że jakość programów telewizyjnych jest wprost proporcjonalna do późności pory ich emisji). Oto właśnie się przestawiam z typu SOWY na typ SŁOWIKA.
A muszę nawet masochistycznie przyznać, że nie mogę się doczekać, kiedy ranki będą zupełnie ciemne (na razie budzę się na dnia i nocy). O tak, ciemne poranki to będzie coś romantycznego. Trzeba będzie zapalić lampkę i wszystko będzie w przyćmionym półmroku, na wpół jeszcze we śnie. To mi przypomina dzieciństwo, nawet wczesne, kiedy po ciemku biegło się w grudniowe ciemne ranki na roraty (nie wiedząc, po co).
Skoro tak romantycznie już się zrobiło, to muszę wyznać jeszcze, że się zakochałam. W zapachu koperku dodanym do serka wiejskiego lajt. Przez ostatnie dni towarzyszył mi ten smak wiernie i niestrudzenie, i w ogóle nie chciał się znudzić. Jako sos do mięsa na obiad jest rewelacyjny. Zwłaszcza w fazie samych protein, kiedy na talerzu smutno, ponuro i samotnie. Ba, przyćmiewał nawet mięso i proporcje ważności się odwracały.
Czy wcześniej nie znałam koperku? Naturalnie że znałam. Jadłam go w rosole i sypałam na młode ziemniaki, za którymi nie przepadam. A teraz odkryłam go na nowo i połączyło nas gorące zielone, świeże, wiosenne uczucie.
A konkrety dietowe będą później. Obiecuję wszak, że niedługo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)